5 marca 2024

Warto było czyli miałam swoje pięć minut...

 W czeluściach internetu krąży mem, w którym dziecko w niedzielny wieczór zaczyna zdanie od: mamooooo, a pani z plastyki kazała na jutro przynieść... i w tym miejscu każdy sobie dopowiada.

No więc, ja to przeżyłam. We wtorek. Dziś. 15 minut przed wyjściem z domu. Do szkoły.

- Mamooo, będziesz na mnie zła...

-Dlaczego? ( zła bywam zwykle na jego starszego brata, gdy olewa to, co mówię w jego piętnastoletnie ucho)

- Bo pani od polskiego kazała nam przynieść materiały do wykonania makiety...  ( Narnię odkrywają na polskim)


I wtedy miałam swoje pięć minut. W końcu nie po to latami zbierałam przydasie, by teraz się zdenerwować... Wprowadziłam Najmłodszego do swojego królestwa, otworzyłam szufladki ze skarbami i...

- Czego Synu potrzebujesz? 

Dumna z siebie znalazłam wszystko, co Najmłodszy wymyślił, ten zapakował i pojechał do szkoły.

A teraz będę czekać na kolejny raz. Bo nastąpi. Na pewno. W końcu znamy się już niemal dwanaście lat.

24 lutego 2024

Kogoś czas przedstawić

Niemal już facet. Gadatliwy, roześmiany, empatyczny. Typowy piątoklasista. Uważa, że zjadł "wszystkie rozumy", nauczyciele faworyzują dziewczynki a mamę wystarczy przytulić by zmiękła i da radę wszystko załatwić.

Ostatnio rozmawiamy o jednej z aplikacji do nauki języków, bo zrobił jakiś rekord. Odczytuje mi listę języków obcych, których nauki już próbował. 

- Japoński.

-Japoński, a skąd Ci się wziął japoński??

- Nudziło mi się....

No cóż... Gdy dzieci się nudzą, nawet japoński może być...

18 lutego 2024

Brak mi empatii czyli Dzień Kota naszymi oczami lub raczej twarzą

 Zła żona ze mnie, zła kobieta... A wszystko przez kota...

Leży sobie moje ślubne Szczęście na kanapie. Zrelaksowany, jak tylko w sobotę można. Wpatrzony w komórkę, jak to tylko on potrafi. Szachy na tapecie, gra. 

A w tle odbywa się kłótnia. Jak co dzień. Wiele razy dziennie. Nasze dwie Koty wrzeszczą i uskuteczniają berka. 

Tak więc, Szczęściarz leży, koty biegną przez salon, cóż takiego może się stać? 

Mała Kota odbiła się od podłogi, przefrunęła nad stolikiem kawowym, zrobiła międzylądowanie na twarzy Szczęściarza i pofrunęła dalej, zmieniając trajektorię zrywającym się z krzykiem mężem moim jedynym.

A ja? Oplułam się kawą, którą piłam w tym czasie, a na zarzut rzucony z kanapy:

- Pożałowałabyś chociaż trochę podrapanej twarzy mej!

- Gdy tylko przestanę się śmiać...- byłam w stanie ledwie wybełkotać.

Brak mi empatii i zupełnie nie popłakałam się ze śmiechu.


P.S. Żaden mąż nie ucierpiał (za bardzo) podczas tej akcji.

23 lutego 2022

Nudy chcę, potrzeba mi nudy.....

Nie piszę, nie dlatego, że nie mam o czym. Ba! Gdybym miała czas pisać o wszystkim, co zdarza mi się w życiu, napisałabym encyklopedię. Pięciotomową co najmniej. A drugie tyle, gdybym miała dopisać, o czym zapomniałam, co zawaliłam...

A to wszystko pomimo planerów, przypominaczy i kalendarza na lodówce...

No nic. Może tym razem uda się coś częściej, systematyczniej... Ale nic nie wiadomo. Nigdy. Dziś np. poszłam do pracy normalnie, a okazało się, że paskud na C pokiełbasił nasze normalnie i dzień spędzałyśmy w półtora etatu (czyli dwie) zamiast pięciu osób... Na liczniku mam dziś 10500 kroków a do wieczora daleko...

Jeszcze ferie. Całe szczęście. Tylko dlaczego czas tak zasuwa? Groszek w maju będzie miał swoje święto, które wymaga mnóstwa przygotowań, a ja głęboko w polu...

Starsza młodzież na szczęście na rozdrożu- jeszcze siódma i już pierwsza liceum (czuję się staro...brrr) więc tu przynajmniej dodatkowego stresu nie ma.

Praca SIĘ nowa znalazła, aż wstyd przyznać się, że całe cztery minuty z garażu na parking się przemieszczam. Szkoda, że przez ruchliwy las drogą wojewódzką, bo mogłabym nadbagaż rowerem zrzucić po drodze. A tak szóstą oponkę (licząc razem z tymi samochodowymi) wożę na siedzeniu kierowcy...

Ostatnio myślę, że wybierając ścieżkę życiową powinniśmy mieć doświadczenie takie, jak po czterdziestce. Wiesz, co lubisz robić, co cię pasjonuje... A z drugiej strony ja miałabym ciężki wybór. I diy, i szydełko, i renowacja mebli, ogród i do tego  zainteresowanie skutkujące popełnieniem studiów podyplomowych... Trójka dzieci, dom, praca na pełen etat... Kocham to! I nudy potrzeba mi! Trochę, odrobinkę, ciutko...

Pozdrawiam!

20 marca 2021

Demony chemii

 Moje dzieci rosną. I to jak... Dwie trzecie z nich to już nastolatki. A ja dalej młoda ( hmmmm) i piękna (oraz skromna) i ... nieco cięższa, ale tu sza!

Młoda ma już czternaście lat. Ósma klasa nam się kłania. W związku z tym od rana siedzi "w szkole" czyt. online w komórce . No i wczoraj, po lekcji chemii przybiega moja ósmoklasistka i próbuje coś z siebie wykrztusić, chociaż opornie jej to wychodzi.

 W końcu jest! Udało się! Słyszę

- Mamo oni na chemii chcą chyba jakiegoś demona wywołać! 

- Młoda opanuj się, o co chodzi?

- Pani od chemii pytała nas z zadanego materiału i w powietrzu zaczął latać PENTANTAN*! Normalnie czekam, kiedy komuś się uda z tym demonem :)

Także ten...

*Dla tych, którzy nie muszą ogarniać chemii w ósmej klasie szkoły podstawowej, młodzież miała nauczyć się związków z grupy" metan, etan, propan, butan, PENTAN..."


Jak stwierdzić, że człowiek jest zabiegany? Człowiek cieszy się, że daje radę umyć w domu piekarnik czy lodówkę. Tak więc człowiek w 2021 postanowił zmienić swoje życie i porzucić to, co dotychczas kradło czas. Będzie więc radykalnie- zmiana pracy i zmiana szkoły dla chłopców, bo Młoda i tak szkołę musi zmienić. Nie mówię, że łatwo mi to przyszło, bo czas niekoniecznie dobry na takie zmiany, ale ile można wstawać o 5 rano, zrywać dzieci skoro świt, by spędzić godzinę w samochodzie do szkoły i pracy? W imię braku zmian? Już nie. Czas to zmienić. Będzie dobrze. Musi być. Co miałam przechorować, przechorowałam, zaszczepiona jestem, teraz tylko wypowiedzenie, CV i kropla szczęścia. Czyli witajcie zmiany, czekam na to, co czeka na mnie dobrego za rogiem.


8 maja 2020

Olśniło mnie...

… czyli, jak mawia Młoda- JESTEM OLŚNIEWAJĄCA!

Sprzątam dom jak szalona, odkładam od razu na miejsce, co by dwa razy nie sprzątać, normalnie Perfekcyjną zostałam!
I co?
I gdy tylko skończę, reszta domowników ogłasza: czas.....start!
I zaraz na podłodze pojawia się znikąd jakaś plama, na blacie kuchennym brudne naczynie (swoją drogą, nie wiem, dlaczego łyżeczką można zamieszać coś tylko raz???), a w łazience na podłodze leży mokry ręcznik...

Moja Koleżanka, psycholożka notabene a zarazem matka trójki powiedziała kiedyś, że stanem ZERO w jej domu jest bałagan. Kiedy tylko posprząta, jej dzieci wpadają w stan niespokojnego drżenia, z którego jedynie bałagan jest je w stanie wyciągnąć. 

Dlaczego akurat teraz ta myśl?

Przez ostatnie kilka dni byłam nieco zajęta czym innym niż sprzątanie, ograniczyłam je do minimum. I zobaczyłam w kuchni mniejszy bałagan niż zwykle. 
Ba! Ktoś nawet przypomniał sobie, jak otwiera się zmywarkę (zwykle robi to wściekła matka udowadniając, że któreś z trojga nie dopełniło obowiązku). 
Po bliższym przyjrzeniu się naszej kuchni odkryłam sekret- na blatach były... okruszki!
Ha! A więc jednak! To jest ich porządek, a ja głupia myślałam, że porządek jest jeden! Że przetarte na mokro blaty, czyste, że wtedy na światło dzienne wyjrzy porządek. O ja głupia... 
A tu niespodzianka... Czyste blaty nie powstrzymują od dostawiania brudnych naczyń, powstrzymują od tego- dosypane okruchy! 
I już!

Wie ktoś może, jak można zatruć się słodyczami? Gdy kiedyś zatrułam się plackami ziemniaczanymi, nie jem ich do tej pory. Ma ktoś może taki przepis na słodycze? Będę wdzięczna :)

18 marca 2020

Miesiąc

Tyle właśnie prosiłam, błagałam, zaklinałam i wrzeszczałam z bezsilności na moje średnie dziecko. To niepisate i nieczytate ( w odróżnieniu od Tej, która" połknęła" już kilka sag i kompletów książek oraz Tego, który czyta szybciej w pierwszej klasie niż niejeden, znany mi skądinąd piątoklasista).

- Nie! Nie będę tego czytać! Po co mi to?

Ja rozumiem, to całe 16 stron. Ciężki orzech do zgryzienia. Trzeba by poczytać i - o zgrozo!- zrozumieć...
 No i czas mijał, książka leżała i się kurzyła... 

Aż do dziś, kiedy czas minął, a Wychowawczyni ogłosiła omawianie lektury.
Całe szczęście zdalnie i nie na czas...

Podręcznik trzeba było otworzyć, a tam pytanie o plan wydarzeń.
 I zonk.
 Jak tu napisać, gdy matka stoi nad głową i nie pozwala zerknąć do internetów?
 Trza przeczytać. 

No i zrobił to! Usiadł na pół godziny i przeczytał te 16 stron! I zrobił ten plan! 



A potem okazało się, że pytanie było niżej i wcale planu robić nie musiał... Matka źle doczytała (swoją drogą chyba już czas na poprawiacze wzroku, bo dłużej ciężko udawać, że widzę dobrze, jak nie widzę?)
I jak mam teraz spojrzeć na Potwora i się nie śmiać?

A ta księga grubości Harrego Pottera, ciężaru Nad Niemnem i zrozumiała jak Słownik Wyrazów Obcych to ... "Katarynka".

17 marca 2020

Mama w czasach zarazy

Nauczyciele z naszej szkoły wzięli ma poważnie prowadzenie lekcji zdalnie. Idea chwalebna. W trudnym czasie dzieci maja namiastkę szkoły, lekcji, normalności. Wszystko fajnie.
Z racji tego, że moje najmłodsze dziecko jest w odpowiednim wieku, mogłam zostać z całą trójką w domu, nie narażając się na przyniesienie zarazy z przychodni, w której pracuję, bo a nóż widelec ktoś pomyli przychodnię ze szpitalem zakaźnym? 
Ale wiecie co? Po dwóch dniach zdalnej szkoły, ogarniania lekcji trojga dzieci na jednym komputerze bez drukarki i możliwości uzupełniania wszystkiego w nim, robienia zdjęć każdej pracy i odsyłaniu wszystkiego do nauczycieli mailem- mam tego serdecznie dość!
Mam dość proszenia Potwory o wykonanie kolejnego zadania, pamiętania co, kto i z czego ma jeszcze do zrobienia.
Na szczęście Młoda jest ogarnięta i sama robi większość rzeczy, niemniej ograniczenia sprzętowe powodują zastoje.
 Młodszy i Groszek to inna bajka..... 
-Dlaczego ja pierwszy? 
-Dlaczego tak dużo?
-Ja to wiem, nie musisz mi tego tłumaczyć, ale w zasadzie tego nie rozumiem... 
-A po co właściwie mamy to wszystko robić?
Jak nie stanę za plecami delikwenta, ten nie napisze nic.. 
Od wczoraj jestem polonistką, anglistką, geograficzką i nauczycielem klasy I.... Właśnie uświadomiłam sobie, że to, co robię w tej chwili robią normalnie trzy osoby... 
Wiem, że zaraza, że niebezpiecznie, że trzeba w domu, ale jeśli ktoś mi powie, że dzięki temu mogę być z dziećmi w domu to ugryzę...
Trzymajcie się zdrowo w tym niezdrowym czasie.

28 stycznia 2020

Mój czas jest najmojszy czyli jak rozciągnąć 24 h?

Przeczytałam kiedyś taki dowcip:
Co różni czarodziejkę od czarownicy? ….. Jakieś trzydzieści lat...
Co różni pannę od mężatki?.... Jakieś trzydzieści kilo....

Na szczęście nie- trzydzieści, ale "po dzieciach" tu i ówdzie przykleiło się do mnie kilka zbędnych kilogramów i nijak nie chce się odkleić. Pomimo próśb i gróźb.

Ale ja dziś tak naprawdę nie, o zbędnych kilogramach, a o różnicach w postrzeganiu czasu PracującejWolnej a ZawalonejPracąiRodzinąMatkiDzieciom. 

Mam w pracy koleżankę. Jeszcze panna (choć już nie długo).
Chwalę się dziś zakwasami, bo przy okazji szkółki pływania chłopców udało mi się zapisać na tor rekreacyjny dla rodziców i upiec dwie trzy pieczenie przy ognisku basenie.  
Raz w tygodniu. 
W poniedziałek. 
Pomimo trzydniowego wyjazdu Szczęściarza i bycia samotną mamą (na szczęście tylko chwilowo). 
Dumna z siebie, bo udało się wszystko pogodzić i nawet dojechać na czas.
I zakwasów dorobić.

Dziś w trakcie zabiegu. ratującego mój bolesny kręgosłup szyjny i zdrowie psychiczne Potworów w jednym, PracującaWolna ordynuje:
- Dziś na basenie popływaj TYLKO rekreacyjnie, nie przemęczaj się.
Ale że jak? Dziś na basenie? Dziś jest dzień gimnastyczny i zakupowy. Dzień basenowy będzie w poniedziałek. 

I wtedy przypomniałam sobie jak to było...

Gdy wychodziliśmy wtedy, gdy chcieliśmy, tam gdzie chcieliśmy i wracaliśmy, gdy chcieliśmy. 
Albo później. 

Teraz wychodzimy w sobotę. Lub w czwartek, ale dopiero po 19-tej, bo o 18.15 do domu dojeżdża z pracy Szczęściarz. Pozostałe dni?
No cóż, nasz czas nie należy już do nas... I wcale mi to nie przeszkadza. I całkiem dobrze jest. Jestem zmęczona, czasem mam ochotę kogoś zamordować, ale tylko czasem. Częściej patrzę w ich stronę i nie wierzę, że są już tacy. I że tyle czasu już upłynęło od kiedy zawładnęli naszym życiem. I sercem.
 I czasem.
 I portfelem. 

(Dziadkowie wytrzymali półtora tygodnia- twardziele.)

15 stycznia 2020

O upływie czasu i zmianie strategii czyli o tym, jak to nikt nie wie -o co chodzi?

Nie mieszkam w domu. Mieszkam w samochodzie. Wiedziałam, że tak będzie, gdy się przeprowadzaliśmy, ale teoria a praktyka... 
Weekendy są za krótkie, a tygodnie za długie. 
Dzieci za szybko rosną, ja robię się coraz starsza... 
Czas leci.
Są gorsze i lepsze dni. Są też śmieszne i te mniej... 
Są też i takie, jak dziś , gdy nie wiem, co powiedzieć.... 
Tak więc niezbyt krótko: mamy ferie. W tym roku poszliśmy "na pierwszy ogień". 
Niby nic. Dzieci posiedzą w domu, w końcu dwie trzecie z nich to już nastolatki. Najmłodszy, co prawda, dopiero na początku podstawówki, ale po pierwsze matka dzieciom pracuje tylko przed południem, a po drugie nie wchodząc w drogę Starszemu, Groszek zwiększa swoje szanse na szczęśliwe i długie życie.
Tak było w ostatnie wakacje i się sprawdziło. 
Dzieci szczęśliwe gniły rano na kanapie. Około południa uaktywniały się odkurzając i wykonując inne czynności konserwujące powierzchnie płaskie tak, by matka dzieciom zadowolona się okazała.
I tak miało być teraz. 
Ale to byłoby za proste.
Tak więc około niedzieli odezwali się Dziadkowie z propozycją pomocy. Nieświadoma niczego zgodziłam się, wszak Teściom się nie odmawia (tak przynajmniej twierdzi Szczęściarz). 
Więc przyjechali. W poniedziałek. W swej naiwności myśleliśmy, że będzie jak zwykle. Babcia nasmaży placuszków, pograją z dziećmi w planszówki, pójdą na spacer i wrócą do domu. 
Myliłam się, oj jak myliłam...
Babcia i dziadek mieszkają z nami już trzeci dzień. Dzieci wyrwane z rutyny nie mogą się odnaleźć. Ja nie mogę znaleźć miejsca w domu, a Szczęściarz..... pojechał w delegację na drugi koniec kraju. Na szczęście ferie trwają tylko dwa tygodnie, więc może przeżyjemy? 
Sytuacja jest o tyle dziwna, że dotychczas nie spotykana. Dziadki szybko się zwykle ewakuowali. A teraz, nie zważając na krzyki, kłótnie i niechęć do wykonywania rozkazów przez Potwory, twardzi są. Nie poddają się.
 O co chodzi?


31 stycznia 2019

Strajk domowy czyli o tym jak to z hazardm było

Ogłosiłam strajk. Domowy. Bo mam dość.
Trochę późno. Ale lepiej późno niż wcale. Tak mówią. 

W sobotę po całym tygodniu czas było odświeżyć dom. Nie ma nas, a bałagan "się robi". Sam się robi. 
Tak więc porządki czas zacząć. Sęk w tym, że moja rodzina uważa, że- tak, jak bałagan- tak i porządek SIĘ robi. 
W związku z tym oni mają więcej czasu na swoje przyjemności.
Ogłosiłam więc od poniedziałku strajk. Nie robię zakupów, nie sprzątam, nie gotuję i nie opróżniam zmywarki.
Efekty są zaskakujące. 
Młoda (lat 12- jak ten czas leci) dokonuje odkrycia, że kuchnia jest całkiem fajnym miejscem i może ewentualnie spędzać tam więcej czasu.
Szczęściarz odnajduje coraz ciekawsze miejsca w lokalnym dyskoncie (do tej pory wiedział. jak się kupuje pizzę i jogurty).
Młodszy potrafi co prawda opróżnić zmywarkę, ale okazuje się, że mamy dodatkowego domownika. Hazard zagościł nam w progach, bo owo opróżnianie wynika z przegranej w piłkarzyki.

No właśnie- piłkarzyki…
 Szczęściarz zaczął specjalizować się w ogrywaniu dzieci.

Tak więc- drogie mamy- nie przykład, nie nauka, nie tłumaczenie, a hazard jest najskuteczniejszym motywatorem domowym.
Przynajmniej u nas.

A ja?
A ja złapałam taką infekcję, że lekarka położyła mnie z pilotem i laptopem na kanapie i kazała nosa spod koca nie wystawiać. Usłyszawszy tę wiadomość mój mąż ukochany nie byłby sobą, gdyby nie skomentował:
- Widzisz żona? Nie możesz strajkować, bo momentalnie zdrowie Ci szwankuje...

2 stycznia 2019

Jeszcze jeden dzień.....

Jeszcze jeden dzień. Urlop od wszystkiego. Dzieci w szkole, Szczęściarz w pracy, a ja na kanapie. 
Pierwszy dzień od dawna, gdzie nic nie muszę.... Rozpusta. A może dobra wróżba na Nowy Rok? Więcej czasu? 
Przyznam, nie zaglądałam długo, ale też- działo się. W zasadzie dobrze się działo. Wchłonęło nas to "dobrze". Nie miałam pojęcia, ile potencjału we mnie drzemie. Ile chcę, potrafię, mogę....
Szkoda tylko, że doba jest taka krótka, a ja taka niezorganizowana, bo na wszystko czasu nie wystarcza, a baterie też trzeba czasem naładować.
No cóż, może teraz się uda? 
Pomału.

Mój malutki, maluteńki Groszek, który całkiem niedawno się urodził, a który we wrześniu tego roku pomaszeruje do pierwszej klasy, w niedzielę poprosił, byśmy w kościele podeszli do żłóbka, obejrzeć go. Tak więc podchodzimy, a moje dziecię przejęte do tej pory rzuciło okiem i z wielkim rozczarowaniem pyta:
- Mamo TO JEST TO????
- Tak synek to jest żłóbek.- zapewniłam
- Ale mamo, to JAKAŚ KLATKA JEST!

No i się dowiedziałam....

Dobrego Roku wszystkim życzę

17 lipca 2017

No i poszło....

Dawno, dawno temu był sobie pomysł. Po pomyśle przyszedł czas na miejsce. Znalazło się miejsce, potrzebny był czas. I środki. Dziesięć lat minęło i słowo stało się.... domem się stało. Na uboczu, już na szczęście nie w mrowisku. Przed oknem las, a nie śmietnik. Rano słychać ptaki, raz trafiła się nawet sarna, a nie samochody jeden za setnym....
Dojazdy trochę zajmują. To jedyne, póki co utrudnienie. 

Dom.
 Miejsce, w którym wreszcie mam swoje miejsce.
 Mogę się schować. Mogę oddychać. Mieć porządek i swój "warsztat".
Wszystko, czego dotąd brakowało. 
Teraz brakuje już tylko jednego, ale na to akurat wpływu nie mam. Ani Szczęściarz, choć to jego bardziej dotyczy....

6 czerwca 2017

Nowy członek rodziny

Prawie rok temu, jakoś tak około wakacji zostaliśmy dumnymi  posiadaczami zwierza, dokładniej gada. Gad jest żółwiem wodno-lądowym. 
Tak czysto teoretycznie.
A w praktyce wydaje mu się, że jest stepowy. 
W związku z czym cały czas próbuje uwolnić się z akwarium. Tak jakby nasze dumne 58 m było stepem jakimś, czy coś....
Będąc początkującą właścicielką Gada poczytałam sobie to i owo o nich (o żółwiach, znaczy się) i wyczytałam, że "im gad mniej się rusza, tym dłużej żyje". 
Taaa... nasz widocznie chce popełnić samobójstwo....

Tak więc, popołudniami, gdy już zaczynamy mieszkać w domu, wypuszczamy naszego zwierza na podłogę, po czym czasem o nim zapominamy i wieczorem zaczyna się ten sam scenariusz.
Młoda szuka Gada.
 Groszek szuka Gada.
 Dołącza do nich Szczęściarz.
 Młodszy wstaje od lekcji z tekstem "też chcę się bawić w chowanego". 
Zaczynamy przegląd wszelkich znanych nam już z jego wcześniejszych eskapad: schowków, zakamarków i czeluści domowych. 
Młoda zaczyna popłakiwać, bo nie chce, by Gadu się krzywda jakaś stała...

Gad jest oryginalny. 
Jeszcze ani razu nie zaległ był w tym samym miejscu, w związku z tym Młoda nie ma już kotów pod łóżkiem, bo zaglądając tam z latarką (bez lampki zwierz ma barwy maskujące i pokłady kurzu skutecznie go skrywają) przepędziłam je Młodą i odkurzaczem. 
Wiem już, co się skrywa za pralką i komodą chłopaków. 
Czekam teraz tylko, kiedy za pomocą zwierza odkryjemy Narnię.

5 czerwca 2017

Wróciłam

W zasadzie miałam tu zajrzeć za dwa tygodnie, gdy zdam już ostatni egzamin, ale uczenie się nie jest tak zajmujące jak nie-uczenie się.
Zdziwiona, że minął już rok. Mignął mi tak, że w zasadzie nie zauważyłam, że się zestarzałam, Potwory podrosły, a mój staruteńki komp dalej piszczy podczas włączania i w zasadzie nie wiem, kiedy pójdzie do komuterowego nieba.
Stare kłopoty podrosły, nowe się klują, a ja ciągle gnam.
I właśnie postanowiłam zwolnić tempo, co skutkuje, między innymi, powrotem w czeluści internetu.
Tak więc- jestem, żyję, wracam i zaczynam nadrabiać zaległości.

2 czerwca 2016

Dzieci...

Dzień Dziecka. Był wczoraj. Dzień jak wszystkie. Czyli po południu miałam już wszystkiego dość. Po trzech dniach ogarniania wszystkiego, organizowania i bycia samotną (koleżanka twierdzi- samodzielną) matką, gdyż Szczęściarz wziął był pojechał w delegację, miałam już serdecznie dość własnych dzieci. I wyrzuty sumienia na tę okoliczność również, bo to w końcu tylko dzieci. Które krzyczą, drą się, kłócą i płaczą na zmianę. Do tego kłopoty  z Młodszym, które nawarstwiają się od kilku miesięcy i które próbujemy rozpracować. A do tego trzeba czasu, który doprowadza mnie do rozstroju nerwowego przy każdym telefonie. A te będą, do czasu, aż rozpracujemy, w czym problem. I koło się zamyka.
Nie spodziewałabym się nigdy, że zacznę odczuwać ściskanie w żołądku na dźwięk telefonu. Gdyby problem był błahy, po prostu nie odbierałabym. Ale nie mogę. Muszę. I będę, dopóki problem będzie trwał. Jeżdżę, odbieram, gaszę, towarzyszę...
 I uśmiecham się. Bo co mam robić? 

13 lutego 2016

480

Zupełnie cichutko, jakby od niechcenia, prawie niezauważenie (dla większości świata) skończyłam czterdzieści lat. I nic się nie stało. Świat się nie zawalił, nie było trzęsienia ziemi, nawet przysłowiowy wiecheć kwiatów musiałam wymusić, bo Szczęściarz nie uznaje prezentów, ani kwiatów (wersja oficjalna brzmi: "tak spieszę się z pracy do domu, że nie mam czasu nigdzie zajechać").

Tak więc jako czterdziestolatka podjęłam kilka postanowień.
Będę więcej ufać swojej intuicji.
Nauczę się prosić o pomoc wcześniej, niż postawiona "pod ścianą".
Śmieci zostawię do wyniesienia Szczęściarzowi.
I pójdę na studia.

 W natłoku zajęć, pracy, lekcji, wożenia i odbierania oraz stania w korkach postanowiłam, że pójdę na studia podyplomowe. Papiery złożone, może uda się zacząć niedługo. 

I czuję jedno.
Właśnie zaczyna się mój czas. Bo wcale nie chcę mieć znów dwudziestu lat (pięćdziesięciu jeszcze też nie chcę :)). 
Dobre jest tu i teraz. 
Zaczynam świętowanie, celebrację życia, bo teraz będzie już tylko lepiej.

Wszystkiego dobrego!


12 grudnia 2015

Reklama kłamie...

Gdy oglądasz reklamę, nieważne, jaką, widzisz piękny obrazek. Rodzina, czysty, posprzątany, pachnący dom, rodzice z dziećmi coś wspólnie robią.

Dzień powszedni. 
Matka wraca ok. 19.30 z pracy, objuczona niczym wielbłąd, bowiem zakupy po drodze uczyniła. Wraca, odjucza się, myje ręce niczym Rysio z Klanu i siada zmęczona na podłodze w łazience. 
Właśnie w łazience, bowiem jest to ostatnie miejsce,gdzie zawsze szukają jej potwory. I ma jeszcze pół minuty dla siebie. Ale nie dziś. Dziś została od razu odnaleziona. Przez Męża, który usiadł obok i złożył na jej kolanie umęczoną głowę. I taki dialog wziął się rozwinął:

- Co się dzieje? W pracy coś? 
    to żona do męża,bowiem minę miał mocno zbolałą, tak jakby coś rzeczywiście na rzeczy było....

- Bo oni się tylko kłócą i czegoś chcą i chwili spokoju nie ma....
- Witaj w klubie, a siedziałeś z nimi AŻ dwie godziny.....

Taaaa, reklama kłamie. Codzienność bywa częściej męcząca niż pachnąca kawą czy choinką...
A ojcowie męczą się jeszcze szybciej....

19 listopada 2015

Widziałam dziś pierwszy pług.....

Jadąc  z pracy do mojego osobistego grajdołka, zobaczyłam... 
No właśnie. 
Pług zobaczyłam.

Odruchowo przyhamowałam najpiękniejszym, odzianym w cztery śliczniutkie letnie opony. Wstrząsnęło mną wszechogarniające zimno. A ja, bidulka, w krótkiej spódnicy i cienkich rajstopach.

Odruchowo spojrzałam na termometr w wyświetlaczu za kierownicą.
 I zobaczyłam.
Dziesięć stopni.
PLUS DZIESIĘĆ STOPNI.
 CELSJUSZA, co by nie było.

Uspokojona pojechałam dalej.

Zima nam nie straszna (no,chyba,że Szczęściarz nie zmieni mi opon na zimowe, ale to już inna para kaloszy...).
Zimo, możesz nadejść (na Święta, oczywiście :))))

15 listopada 2015

Dużo i nic, czyli listopad w pełni.....

Zacznę bez szału: czas ucieka. Ucieka na pracy, obowiązkach domowych, wożeniu potomstwa, przywożeniu ich i ogarnianiu.

Ale ja dziś wyjątkowo nie o nich...

Mam problem z głąbem (piszę tako członku dalszej rodziny,więc mam prawo tak pisać, a co!), który własnym swoim niczym nie wymuszonym zachowaniem rani sześć innych osób.
Racjonalna rozmowa nic nie daje, sytuacja trwa już nie- tygodnie, a- miesiące..... Do łobuza nie docierają argumenty,a podobno ma się za mądrego.... Lubię Go, a nie potrafię patrzeć obojętnie, gdy rykoszetem obrywają dzieci... I co? I pstro, nie trafia i rób co chcesz.....A podobno człowiek dorosły jest...

Co u Was? U nas nastał czas pisania listów do św. Mikołaja. Wiem, że wcześnie, ale im wcześniej, tym lepiej, tak przynajmniej dedukują progenitury. I napisały. Tzn. Młoda napisała swój. Młodszy upewnia się, jak powinien napisać nazwę:

 - Jak napisać "Statek Ninjago"?
- Zacznij może od "Drogi Święty Mikołaju" Młodszy!